Przejdź do treści
Odkryj wyspę
27 lipca, 2026 · 8 min

Lesista Zákynthos

Wyspa w Odysei Homera

W Odysei, kiedy Odyseusz opisuje swoją ojczyznę i sąsiednie wyspy, wymienia Zakynthos. Nie poświęca jej wiele — jedno określenie, przymiotnik, który jednak przetrwał trzy tysiące lat: ὑλήεσσα (hyléessa) 🔊, lesista, porośnięta lasem. „I Zákynthos porośnięty ciemnym lasem”. Tyle. A jednak to jedno słowo jest jednym z najstarszych świadectw istnienia wyspy w ludzkiej pamięci.

Trzeba się zatrzymać nad tym, co to znaczy. Homer — jeśli był jednym człowiekiem, jeśli w ogóle był — układał swoje pieśni jakieś osiem wieków przed naszą erą, a opisywał świat jeszcze dawniejszy, epokę brązu, wojnę trojańską sprzed kolejnych stuleci. Kiedy w Odysei pada słowo „Zákynthos”, padają w niej dzieje starsze niż Rzym, starsze niż większość tego, co uważamy za starożytność.

Wyspa należała do królestwa Odyseusza albo była z nim blisko związana — jońskie wyspy, Itaka, Kefalonia, Zakynthos, tworzyły w eposie świat króla-tułacza. Wśród zalotników, którzy oblegali wierną Penelopę w pałacu na Itace, licząc na jej rękę i tron nieobecnego męża, Homer wymienia i tych z Zakynthos. Wyspa jest więc w eposie nie tłem, lecz częścią intrygi — dostarcza swoich niesfornych książąt do najsłynniejszej historii świata.

Ale najważniejsze jest to jedno słowo: lesista. Bo ono mówi, jak wyspa wyglądała trzy tysiące lat temu — inaczej niż dziś. Ciemny las schodził do wody, gęsty, pełen zwierzyny. Nie było jeszcze tarasów winnic ani gajów oliwnych na każdym stoku, nie było odsłoniętych, spalonych słońcem zboczy. Był las. Homer zapamiętał wyspę zieloną i dziką, i tak ją zostawił w wierszu na zawsze.

Co się stało z tym lasem? To samo, co z lasami całego Morza Śródziemnego: wyciął go człowiek. Na statki — a wyspa żyła z morza. Na opał, na budowę, na miejsce pod uprawę. Kozy dokończyły dzieła, zjadając młode drzewa, zanim zdążyły odrosnąć. Przez trzy tysiące lat „lesista Zákynthos” traciła swój las, aż z Homerowego przymiotnika został ślad w wierszu i garść zieleni w górach.

To jest jedna z tych rzeczy, których jedno starożytne słowo uczy lepiej niż cała ekologia: że krajobraz nie jest wieczny. Że to, co bierzemy za „naturalny” wygląd wyspy — jasne, odsłonięte stoki, oliwki, winnice — jest dziełem człowieka, nie natury. Natura miała las. Homer go widział. My widzimy to, co po nim zostało, i myślimy, że tak było zawsze.

A jednak coś przetrwało. W górach zachodniego wnętrza, na zboczach Vrachionas, wciąż są miejsca gęsto porośnięte, ciemne, dzikie, gdzie łatwiej wyobrazić sobie Homerową wyspę niż na wypełnionym hotelami wybrzeżu. Kto chce zobaczyć „lesistą Zákynthos”, niech wejdzie w góry o świcie, kiedy mgła wisi między drzewami. Tam, przez chwilę, wiersz jest jeszcze prawdą.

Jest coś zawrotnego w myśli, że wyspa, na którą przypływasz samolotem z walizką, ma imię zapisane w najstarszym poemacie zachodniej cywilizacji. Że kiedy leżysz na plaży, leżysz na skrawku ziemi, który Homer znał z imienia. Niewiele miejsc na świecie może się tym pochwalić. Zakynthos może — cicho, jednym słowem, ale może.

I może warto zabrać ze sobą tę myśl, kiedy patrzy się na wyspę z pokładu łodzi albo ze szczytu wzgórza. Że patrzysz na coś, co widział Homer albo ludzie, którzy mu opowiadali. Że to samo morze, ten sam zarys lądu, te same światła o zmierzchu układały się w obraz, który trzy tysiące lat temu ktoś uznał za wart zapamiętania. „Zákynthos porośnięty ciemnym lasem”. Las odszedł. Imię zostało. I ty właśnie je czytasz.

Jedno słowo Homera przetrwało trzy tysiące lat: ὑλήεσσα (hyléessa), lesista. Tak wyspa weszła do literatury.