Pieśni, które przypłynęły
Kantades — głos wysp jońskich
Zaczyna się zwykle tak: jest późno, stoły w tawernie są już zastawione pustymi talerzami, wino w dzbanach niżej niż na początku, i ktoś — najczęściej najstarszy — zaczyna nucić. Nie na pokaz. Raczej dla siebie, jak się nuci, kiedy jest dobrze. A potem dołącza drugi głos, niżej, i trzeci, i nagle w tawernie nie ma już rozmowy, tylko pieśń.
To są kantades — od włoskiego cantata, śpiewanie. Wielogłosowe pieśni, które przyszły na Wyspy Jońskie z Wenecji i Włoch, i zostały tu, kiedy Wenecja odeszła. Reszta Grecji, pod Turkami, rozwinęła zupełnie inną muzykę — jednogłosową, orientalną w skali, zawodzącą. Tu, na wyspach, śpiewa się z zachodnia: harmonicznie, na głosy, jak w Neapolu.
Nie ma w tym solisty. To jest w kantades najważniejsze i najpiękniejsze. Nie ma gwiazdy, przed którą reszta milczy. Jest trzech, czterech, pięciu mężczyzn, którzy muszą się nawzajem słuchać, bo inaczej harmonia się rozpada. Jeden prowadzi melodię, inni ją podpierają — i cała sztuka polega na tym, żeby żaden nie wyszedł przed drugiego. To muzyka wspólnoty, nie popisu.
Instrumenty są proste: gitara i mandolina, czasem tylko one, czasem żadna — bo głos wystarczy. Śpiewa się o miłości, głównie o miłości, o dziewczynie pod oknem, o rozłące, o morzu, które zabiera i nie oddaje. Teksty bywają stare jak wenecka epoka, przekazywane z ojca na syna, i nowe, układane na miejscu, o kimś, kto akurat siedzi przy stole.
Serenada — kantada śpiewana pod oknem ukochanej — to osobny rozdział. Dawniej młodzieńcy chodzili nocą po wąskich uliczkach stolicy i śpiewali pod balkonami. Cała ulica słyszała, komu się śpiewa, i cała ulica trzymała za nich kciuki albo się śmiała. Miłość była wtedy publiczna w sposób, którego dziś już nie ma — wyśpiewana głośno, pod gwiazdami, tak żeby sąsiedzi wiedzieli.
Trzęsienie ziemi 1953 roku i emigracja omal nie zabiły tej tradycji. Ludzie, którzy znali pieśni, wyjeżdżali albo umierali, a młodzi woleli radio. Ale kantades przetrwały, bo przetrwały tam, gdzie się najlepiej trzymają takie rzeczy: przy stole, w tawernie, na weselu, na święcie patrona. Wszędzie tam, gdzie ludzie jedzą i piją razem, w końcu ktoś zaczyna śpiewać.
Są miejsca, gdzie usłyszysz to naprawdę, nie w wersji dla turystów. Tawerna Malanos na obrzeżach stolicy jest z tego słynna — tam kelnerzy i goście śpiewają razem, i nie jest to występ, tylko część wieczoru, tak naturalna jak podanie wina. W górskich wioskach, na lokalnych świętach, kantades wciąż brzmią jak zawsze brzmiały: nie dla nikogo, tylko dla samego śpiewania.
Warto rozumieć, czego się słucha. To nie jest folklor wystawiony na sprzedaż. To ostatni żywy głos weneckiej epoki — dźwiękowy dowód na to, że wyspa trzysta lat oddychała Zachodem. W tych harmoniach jest Neapol, jest Wenecja, jest cała Europa, która nigdy nie dotarła do reszty Grecji. Kiedy słuchasz kantady, słuchasz historii wyspy zamienionej w dźwięk.
I jest w tym jeszcze jedna rzecz, którą łatwo przeoczyć. Że ci mężczyźni śpiewający przy stole nie robią tego dla ciebie. Możesz słuchać, możesz nagrywać, ale pieśń nie jest dla widowni — jest dla nich samych, dla wieczoru, dla przyjaźni, która potrzebuje głosu. Jesteś gościem przy czymś, co działoby się i bez ciebie. To rzadki przywilej.
Zostań do końca kolacji, kiedy będziesz następnym razem w górskiej tawernie. Nie proś o pieśń — poczekaj. Jeśli wieczór będzie dobry, wino odpowiednie, a towarzystwo właściwe, ktoś w końcu zacznie nucić. I wtedy usłyszysz coś, czego nie ma w żadnym przewodniku: głos wyspy, śpiewającej do siebie samej po zmroku, tak jak śpiewa od trzystu lat.
Nie ma solisty. Jest kilka głosów, które muszą się nawzajem słuchać — inaczej pieśń się rozpada.