Wędrujący święty
Dionizy, patron, który przebacza
Święty Dionizy z Zakynthos żył naprawdę, w szesnastym i siedemnastym wieku, i naprawdę był arystokratą, mnichem, potem biskupem Eginy, który u schyłku życia wrócił na rodzinną wyspę i osiadł w klasztorze Anafonitria, wysoko na północnym zachodzie. To fakty. Reszta jest opowieścią, którą wyspa opowiada o sobie samej — i jak każda taka opowieść, mówi więcej o wyspie niż o świętym.
Najważniejsza historia jest ta o przebaczeniu. Pewnej nocy do klasztoru przyszedł człowiek, który zabił i uciekał przed zemstą. Prosił o schronienie. Dionizy go ukrył, nakarmił, dał kryjówkę. A potem dowiedział się — tak głosi opowieść — że człowiek, którego właśnie ocalił, zabił jego własnego brata.
I to jest ten moment, w którym legenda staje się czymś większym niż legenda. Bo Dionizy nie wydał mordercy. Nie krzyknął, nie wezwał zemsty, nie odwołał schronienia. Pomógł mu uciec dalej, w góry, ku bezpieczeństwu. Przebaczył zabójcy brata w chwili, gdy przebaczenie musiało kosztować najwięcej — nie z niewiedzy, tylko wiedząc.
Grecy mówią, że to najtrudniejszy cud w całej ich hagiografii. Nie chodzenie po wodzie, nie uzdrawianie — tylko to jedno: człowiek, który przebacza mordercy swojej krwi. Bo cud fizyczny robi Bóg, a przebaczenie musi zrobić człowiek, sam, własną wolą, przeciw wszystkiemu, co w nim krzyczy. To cud, którego nie da się podrobić.
Dionizy umarł w 1622 roku i został pochowany na wysepce Strofades, na południe od Zakynthos, gdzie mnisi strzegli jego ciała. I tu zaczyna się druga część opowieści — ta o ciele, które nie chce się rozłożyć. Kiedy po latach otwarto grób, ciało świętego miało być nienaruszone. Dla prawosławnych to znak świętości: że śmierć nie ma nad kimś pełnej władzy.
Relikwie przeniesiono na wyspę, do kościoła, który nosi jego imię i który — jako jeden z nielicznych — przetrwał trzęsienie ziemi 1953 roku. Leżą tam do dziś, w srebrnym relikwiarzu, ubrane w szaty i w buty. I tu przychodzi najpiękniejsza z wyspiarskich wiar: że święty nocą wychodzi. Że wędruje po wyspie, pomaga potrzebującym, staje przy chorych i zagubionych — i że dlatego jego buty się zdzierają.
Mnisi, mówią, wymieniają mu obuwie, bo się zużywa. Znajdują na sandałach piasek, wodorosty, ślady dróg, których relikwia nie powinna była przejść. Racjonalista się uśmiechnie. Ale wyspiarz opowiada to z całą powagą, bo to nie jest dla niego zabobon — to jest sposób, w jaki wyspa mówi, że jej święty jej nie opuścił. Że wciąż chodzi tymi drogami, którymi chodzą oni.
Dwa razy w roku, 24 sierpnia i 17 grudnia, relikwie wynosi się z kościoła i niesie w procesji ulicami stolicy. Całe miasto wychodzi. Grają orkiestry, biją dzwony, w powietrzu unosi się kadzidło i dym fajerwerków. To największe święto wyspy — dzień, w którym Zakynthos jest najbardziej sobą, najbardziej greckie, najbardziej własne.
Można w to wszystko nie wierzyć i wciąż zrozumieć, dlaczego to piękne. Bo wyspa nie wybrała sobie na patrona wojownika ani króla, tylko człowieka, którego jedynym czynem, jaki wszyscy pamiętają, było przebaczenie. Wyspiarze mogli czcić w nim cokolwiek. Wybrali miłosierdzie. To mówi o nich coś dobrego.
Wejdź do jego kościoła w środku dnia, kiedy jest pusto. Złoto ikonostasu, ciemność, zapach wosku i kadzidła, migotanie świec zapalonych przez ludzi, którzy o coś prosili. Gdzieś z boku, w srebrze, leży człowiek, który przebaczył zabójcy brata. Nie musisz wierzyć, że wychodzi nocą. Wystarczy, że zrozumiesz, dlaczego cała wyspa chce w to wierzyć — że gdzieś tu chodzi ktoś, kto potrafił wybaczyć rzecz niewybaczalną, i że dopóki chodzi, jest jeszcze dla wszystkich nadzieja.
Ukrył człowieka, który zabił mu brata. To nie jest legenda o cudzie. To legenda o przebaczeniu.