Zamek nad miastem
Wenecka forteca Bohali
Nad stolicą, na porośniętym sosnami wzgórzu, stoją mury fortecy Bohali — kastro, które przez stulecia strzegło miasta i portu. To najstarsza żyjąca warstwa Zakynthos, starsza niż wszystko w dole, bo kamień na wzgórzu przetrwał to, co zmiażdżyło miasto: trzęsienie ziemi 1953 roku. Kiedy dolne miasto legło w gruzach, forteca na górze stała dalej, jak stała od wieków.
Wenecjanie zbudowali ją na fundamentach jeszcze starszych — bo wzgórze nad portem broniło się samo od czasów antycznych. Tak działa geografia obronna: raz wybrane dobre miejsce jest dobre zawsze. Grek stawiał tu warownię, Wenecjanin postawił swoją na jego kamieniach, a każdy kolejny pan wyspy poprawiał to, co zastał. Mury, które dziś oglądasz, są weneckie, ale grunt pod nimi pamięta znacznie więcej.
Za bramą — nad którą wciąż bywa widoczny lew świętego Marka, znak Wenecji — kryje się przestrzeń, która zaskakuje spokojem. Nie ma tu wielkich, odrestaurowanych komnat. Są ruiny w cieniu sosen: resztki bastionów, fundamenty dawnych kościołów (bo w obrębie murów było ich kilka), cysterny, w których gromadzono wodę na wypadek oblężenia, prochownie. Natura wrosła w kamień — sosny wypuściły korzenie w mury, igliwie przykryło dawne dziedzińce.
To miejsce na powolny spacer, nie na pośpiech. Ścieżki wiją się między drzewami i ruinami, cień daje wytchnienie od upału, a co jakiś czas między sosnami otwiera się widok — na miasto, na port, na zatokę. Cisza tu jest gęsta, przerywana tylko cykaniem cykad i szumem wiatru w koronach. Trudno uwierzyć, że kilkaset metrów niżej tętni turystyczne miasto.
Bo prawdziwą nagrodą Bohali jest widok. Ze skraju wzgórza cała stolica leży jak makieta: geometryczny, odbudowany po 1953 roku układ ulic, kopuła i dzwonnica kościoła świętego Dionizego, port z promami i jachtami, szeroki łuk zatoki, a w oddali sylwetki gór i, w pogodne dni, kontur Peloponezu na horyzoncie. To najlepszy punkt, żeby zrozumieć, jak miasto jest ułożone i jak wpisuje się w krajobraz.
Najpiękniej jest o zmierzchu. Kiedy słońce schodzi, kamień murów robi się złoty, potem różowy, a w dole, w mieście, zaczynają zapalać się światła — jedno po drugim, aż cała dolina staje się mapą świateł pod ciemniejącym niebem. Ludzie przychodzą tu specjalnie na tę godzinę, siadają na murkach albo w jednej z tawern na wzgórzu i patrzą, jak dzień oddaje miejsce nocy.
Tawerny Bohali to osobny rozdział. Wzgórze słynie z lokali, w których wieczorami rozbrzmiewają kantades — wielogłosowe pieśni wysp jońskich. Kolacja tutaj, z panoramą miasta w dole i muzyką na żywo, jest jednym z najbardziej wyspiarskich doświadczeń, jakie można mieć. Nie chodzi tylko o jedzenie — chodzi o cały wieczór: widok, śpiew, wino, ciemniejące niebo.
Jest coś symbolicznego w tym, że najstarsza część miasta jest zarazem najlepszym punktem, z którego się je ogląda. Jakby przeszłość patrzyła na teraźniejszość z góry. Forteca, która przetrwała katastrofę, spogląda na miasto odbudowane po niej — stary kamień nad nowymi murami. Bohali jest pamięcią wyspy, umieszczoną dokładnie tam, skąd widać wszystko, co z tej pamięci wyrosło.
Wstęp na samo wzgórze i między ruiny jest zwykle płatny symbolicznie albo darmowy — to nie strzeżone muzeum, lecz raczej park z historią. Można tu przyjść o każdej porze dnia, ale najlepiej pod wieczór, na spacer w cieniu, widok o zmierzchu i kolację przy kantades. Zaplanuj to jako zakończenie dnia, nie przystanek w biegu.
Wejdź tu i usiądź na jakimś kamieniu, który leży w tym miejscu od pięciuset lat. Pod tobą miasto, które runęło i wstało. Za tobą mury, które nie runęły. To dobre miejsce, żeby pomyśleć o tym, co na wyspie trwałe, a co przemijające — i o tym, że najstarsze rzeczy, wbrew intuicji, często przetrwają najdłużej, bo już raz udowodniły, że potrafią przetrwać wszystko.
Gdy dolne miasto legło w gruzach, mury na wzgórzu stały. Najstarsze zawsze przetrwa najdłużej.